Lekka brygada, ciężka sprawa

Franciszek Kucharczak

|

MGN 10/2006

publikacja 18.03.2012 01:13

To była najbardziej szalona szarża w dziejach brytyjskiej kawalerii. Być może też najwspanialsza, a już na pewno najbardziej bezsensowna.

Lekka brygada, ciężka sprawa   Marszałek lord Raglan był kiepskim dowódcą, ale pochodził z dobrej, książęcej rodziny. W armii królowej Wiktorii to wystarczało, żeby zostać wysokim oficerem. 25 października 1854 roku miało się okazać, że to jednak za mało.

Atakować natychmiast!
Lord Raglan patrzył na pole bitwy przez lunetę. Raz w lewo, raz w prawo. Coraz szybciej. Dało się zauważyć, że sytuacja rozwija się nie po jego myśli. Ze szczytu wzniesienia widać było, jak 2500 rosyjskich jeźdźców zmierza do portu Bałakława na Krymie. A właśnie tego portu, z niewielkimi siłami Turków, mieli bronić Brytyjczycy. Za rosyjską konnicą ciągnęły masy piechoty z działami. Od portu oddzielało Rosjan tylko 550 Szkotów. Stali niewzruszenie, patrząc na galopujących żołnierzy cara. Korespondent wojenny „Timesa” napisał, że wyglądali jak „cienka czerwona nitka, jeżąca się stalową wstążką”. W pewnym momencie stalowa wstążka luf pochyliła się i nad doliną rozległ się grzmot dwóch salw.

Wystarczyło. Kawalerzyści rosyjscy pospadali z koni, reszta wycofała się w popłochu. Lord Raglan odetchnął. Ale nie na długo, bo w pewnym momencie rozległ się głos stojącego obok oficera: „Na Jowisza! Oni chcą zabrać działa!”. Rzeczywiście, na jednej ze zdobytych redut Rosjanie zaprzęgali zdobyte działa do koni. Lord Raglan był (nie najlepszym) uczniem znakomitego wodza Wellingtona, który nigdy nie stracił działa. Więc i dla marszałka utrata armat była nie do pomyślenia. A szkoda. Warto było pomyśleć, bo działa były zagwożdżone i nie dało się już z nich strzelać. Lord podyktował rozkaz dla lekkiej brygady kawalerii, żeby natychmiast uderzyła i przeszkodziła przeciwnikowi w odciągnięciu dział. Do zawiezienia tego rozkazu wyznaczył najszybszego kawalerzystę, kapitana Louisa Nolana. To był fatalny pomysł, bo Nolan był zarozumiały, porywczy i gardził kawalerzystami. „Niech kawaleria atakuje natychmiast!” – krzyczał za odjeżdżającym oficerem marszałek.

Oto działa
Kapitan szybko dotarł do stojącej w dolinie kawalerii. Dowódca lekkiej brygady, lord Lucan przeczytał rozkaz i zbladł. Z miejsca, w którym stał, nie było widać żadnych odciąganych dział, były za to widoczne baterie kozackie, ustawione na wprost w odległości dwu kilometrów. Za nimi majaczyły szeregi rosyjskiej kawalerii. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kazałby konnicy, w dodatku niezbyt licznej, atakować armat, i to bez wsparcia piechoty. – Jak to? – wyjąkał lord Lucan. – Co atakować? Jakie działa, sir? Kapitan Nolan machnął niedbale ręką w kierunku wzgórza i z wyższością powiedział: „Oto nieprzyjaciel. Oto działa, sir”. Ten nieokreślony gest zdecydował o katastrofie.

Lekka brygada, ciężka sprawa   Rycina z epoki przed-stawia szarżę lekkiej brygady. Widać, w jak fatalnym położeniu znaleźli się kawalerzyści, gdy z trzech stron spadł na nich ogień armat i muszkietów Lord Lucan był przekonany, że kapitan wskazał działa na wprost, a rozkaz był wyraźny: atakować natychmiast. Zagrały trąbki, kawalerzyści ustawili się w szeregach. 676 jeźdźców ruszyło kłusem. Gdy wysłannik marszałka, kapitan Nolan zorientował się, że nie zamierzają skręcić za wzgórzem, tylko gnają ku bateriom Rosjan, próbował naprawić błąd. Pędził na swoim wierzchowcu, krzycząc przeraźliwie, i wskazywał szablą właściwy kierunek. Nagle obok niego eksplodował pocisk. Odłamek trafił go w serce. Nie żył już, gdy zwalił się na ziemię. Nic nie mogło zapobiec tragedii. Gdy brygada wypadła na otwartą przestrzeń, z wszystkich stron spadł na nią ogień. Strzelały nie tylko działa od czoła, ale i z boków. I nie tylko działa, bo strzelali też piechurzy. Jeden z ocalałych tak wspominał tamtą szarżę: „Ogień trwał nieprzerwanie przez minuty, które wydawały się nam godzinami. Rozerwane i szybko topniejące szeregi wzniosły dziki gardłowy okrzyk bojowy, coraz głośniejszy, gdy pociski artyleryjskie z baterii wyrywały wśród nas dziury, a ogień z muszkietów piechoty na obu skrzydłach kosił konie i ludzi”.

Największe szaleństwo
Atak obserwował z oddali francuski generał Bosquet. – To wspaniałe! – wykrzyknął. – Ale to nie jest wojna! Wszystko wskazywało na to, że ma rację. Ale, choć to nieprawdopodobne, lekka brygada dotarła do kozackich dział. Rozwścieczeni śmiercią tak wielu swoich kolegów Brytyjczycy zabijali kanonierów bez litości. Gdy bateria była już zdobyta, pozostali przy życiu kawalerzyści zebrali się… i z desperacją zaatakowali stojące dalej oddziały rosyjskiej konnicy. Byli jak w transie. Zalani krwią swoją i przeciwników gnali ku wielokrotnie liczniejszym, wypoczętym oddziałom wroga. „To największe szaleństwo, jakie kiedykolwiek popełniono” – wspominał później rosyjski oficer. „Pędzili na nas krzycząc, wrzeszcząc i przeklinając. Czegoś takiego nigdy nie widziałem. Wydawało się, że nie można ich powstrzymać.

Moi koledzy całkiem stracili ducha”. Zaskoczenie sprawiło, że Rosjanie w popłochu cofnęli się i dopiero gdy nie mieli gdzie uciekać, zorientowali się, że ich prześladowcy nie mają szans. Teraz role się odwróciły. Niedobitki lekkiej brygady zawróciły ku swoim. Teraz jednak przy zdobytych przed chwilą bateriach zajęło pozycje 500 rosyjskich lansjerów. Odwrót był odcięty. Ale Brytyjczycy już nie myśleli. Postanowili się przebić… i zrobili to! Sami nie wiedzieli potem, jakim cudem im się to udało. Po 25 minutach od rozpoczęcia tego szaleństwa 195 ludzi dotarło z powrotem. Pozostali leżeli w „dolinie śmierci” lub dostali się do niewoli. Żołnierze okazali się bohaterami, ale ich bohaterstwo zmarnowali dowódcy. Lord Raglan zwalił winę na swoich oficerów, zwłaszcza na poległego Nolana, a także na dowodzącego szarżą lorda Lucana. Sam zmarł rok później, do końca upierając się, że nie on ponosi winę za to, co się stało.