Ostatnie słowa

Beata Zajączkowska

|

MGN 05/2006

publikacja 17.03.2012 00:47

Rozmowa z Arturo Mari, fotografem papieskim

Ostatnie słowa fot. HENRYK PRZONDZIONO

Jak wyglądało Pana ostatnie spotkanie z Janem Pawłem II?
W sobotę 2 kwietnia, około godziny 13, wezwał mnie abp Dziwisz, mówiąc, bym przyszedł jak najszybciej do apartamentu. Szczerze mówiąc, nie rozumiałem do końca, co się dzieje. Ksiądz Stanisław czekał na mnie przy wyjściu z windy. Spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy płakać. Po chwili wziął mnie za rękę i ruszyliśmy dobrze mi znanym korytarzem. Skręciliśmy w lewo i dopiero wtedy zrozumiałem, gdzie mnie prowadzi. Wszedłem do sypialni Ojca Świętego. Leżał na lewym boku. Był spokojny, miał przymknięte oczy. Tyle się mówiło, że był podłączony do różnych aparatów. Kłamstwa, same kłamstwa! Ksiądz Stanisław powiedział szeptem: „Ojcze Święty, jest tu Arturo”. Ojciec Święty odwrócił się. Popatrzył na mnie spokojnymi oczyma. Rzuciłem się na kolana i powiedziałem po polsku: „Ojcze Święty, Arturo jest tutaj. Twój Arturo...”. Patrzył na mnie z uśmiechem. Jego oczy promieniowały miłością. Dotknął mojej ręki i powiedział: „O, Arturo!”, a potem pogładził moją głowę i wyszeptał: „Dziękuję, dziękuję”. Moje serce przestało bić ze wzruszenia. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że czeka na jeszcze lepsze, piękniejsze spotkanie. Po sześciu godzinach zmarł. 

Pracował Pan przy boku Jana Pawła II przez 27 lat. Czego Panu najbardziej brakuje? 
Brakuje mi jego słów, wspólnego odpoczynku. Ale przede wszystkim jego spojrzenia. Nie mieliśmy wielu okazji, żeby rozmawiać. On jednak mówił oczami, uśmiechem, gestem. Tego mi najbardziej brakuje. To dodawało mi sił. Był dla mnie prawdziwym ojcem. Zawsze miał czas, by mnie wysłuchać.  Nie myślał Pan, by po śmierci Jana Pawła II przejść na emeryturę? Skończyłem 65 lat i chętnie bym odpoczął. Jednak kilka dni po konklawe zaprosił mnie do siebie Benedykt XVI. Bardzo długo rozmawialiśmy. W rezultacie... zostałem, choć nie jest łatwo po 27 latach pracować u boku innego papieża. Czuję się wypalony. Straciłem ojca. 

Kiedy ujawniła się Pana miłość do fotografii?
Miałem 6 lat. Ojciec zapisał mnie do szkoły Pianciani dla fotoreporterów i operatorów telewizyjnych. Byłem bardzo pojętnym uczniem i zdobywałem wiele wyróżnień. Dyrektor watykańskiej gazety „L’Osservatore Romano” dowiedział się, że syn jednego ze stróżów Bazyliki św. Piotra ma szczególne powołanie do fotografii. Postanowił mnie poznać. Jesteś jeszcze dzieckiem, jednak mimo to cię zatrudnię – powiedział i oddał mnie pod skrzydła portrecisty papieża Piusa XII.

Papież nie dziwił się, widząc dzieciaka w swym orszaku?
Widząc? On nie widział nikogo. Siedział na specjalnym tronie zwanym sedia gestatoria*, jakby w odrębnym świecie. 

Czy musiał Pan kiedyś zniszczyć jakieś zdjęcie?
Nie. Tylko kard. Jean Villot prosił mnie, bym kilka dni po konklawe odbył sesję fotograficzną z Janem Pawłem I. Przez trzy godziny w różnych pozach fotografowałem go w Ogrodach Watykańskich. Jedno ze zdjęć pamiętam do dziś. Widzę plecy oddalającego się ocienioną drzewami alejką papieża. Miesiąc później Jan Paweł I zmarł. 

Czy pielgrzymi rozpoznają Pana na ulicy?
Zdarzało się, że podczas audiencji grupy Polaków czy Latynosów wołały: „Arturo, Arturo”, prosząc o zdjęcie. Kiedyś podczas obiadu, na którym był kard. Franciszek Macharski, Ojciec Święty, żartując, powiedział: „Najważniejszą osobą nie jest papież, ale Arturo”. Lubił żartować. Kiedyś ks. Stanisław powiedział mu: „Ojcze Święty, biedny Arturo uwiecznia na zdjęciach wszystkich, a jemu nikt nie robi zdjęć”. Na te słowa Jan Paweł II chwycił moje ręce w swoje dłonie i ks. Dziwisz zrobił nam zdjęcie. Jest to dla mnie najważniejsza fotografia.

Naprawdę spotykał Pan codziennie Jana Pawła II?
Każdego dnia przychodziłem do jego apartamentu o 6.45. Kwadrans później Papież odprawiał Mszę św. Moim zadaniem było fotografowanie nielicznych osób, które uczestniczyły we Mszy w papieskiej kaplicy. 

Jeździł Pan wszędzie tam, gdzie Papież?
Wszędzie. 104 podróże zagraniczne i 146 wizyt na terenie Włoch. 

A w niespodziewanych wypadach w góry też brał Pan udział?
Oczywiście. Chociaż po pewnym czasie doszło między mną a Papieżem do niepisanego porozumienia: ja mu nie przeszkadzałem, a on zwalniał mnie z towarzyszenia mu. Wiedział, że nie przepadam za górami i przede wszystkim nie jeżdżę na nartach. 

Miał Pan jakieś wakacje?
Praktycznie żadnych. Od 1977 roku sześć dni wypoczynku, które zbiegają się z rekolekcjami dla Kurii Rzymskiej w czasie Wielkiego Postu. W tym roku jednak w czasie wolnym musiałem uporządkować wiele materiału fotograficznego. 

Czy w tej sytuacji nie pada Pan ze zmęczenia?
Zabezpieczam się. Na przykład w czasie podróży do krajów afrykańskich nigdy nie jem owoców, warzyw i nie piję mleka. Wodę tylko z hermetycznie zamkniętych opakowań. Pamiętam, że 5 września 1982 r., podczas wizyty w opactwie kamedułów w Fonte Avvelana, tylko ja z Janem Paweł II uchroniłem się przed rozstrojem żołądka. On, ponieważ pił wodę mineralną, a ja gasiłem pragnienie tym, co zostało z tej samej butelki. Pozostali pili wodę prosto z zachęcająco wyglądającego źródełka. Ówczesny sekretarz Jana Pawła II, Irlandczyk John Magee, odchorował to poważnie i był nawet w szpitalu. 

Jan Paweł II mówił do Pana po imieniu?
Oczywiście. Co rano po zakończonej Mszy pytał: „Co słychać? W domu wszystko w porządku? Jakieś problemy w pracy?”. Pewnego razu zauważył, że męczył mnie jakiś problem. Powiedział: „Arturo, widzę, że jesteś poddenerwowany...”. To prawda, odpowiedziałem. Byłem zmartwiony, ponieważ dzień wcześniej mój jedyny syn wyznał, że chce zostać księdzem. To wspaniale, odpowiedział Papież. Odpowiedziałem, że nie chcę przeciwstawiać się jego powołaniu, jednak czuję, że coś rozrywa mi duszę. Jan Paweł II zaproponował, byśmy porozmawiali w cztery oczy. Pytał: „Jesteś smutny, ponieważ cię zostawi?”. Tłumaczył, że mój syn też cierpi, bo musi opuścić rodziców. Przekonywał, że kiedy Bóg wzywa, ojciec musi pomóc swemu dziecku. Te rozmowy dodały mi otuchy. 

Przebywał Pan z Janem Pawłem II także w chwilach cierpienia. Czy w takich sytuacjach umiał Pan robić zdjęcia?
On był zawsze naturalny. Nigdy nie chował się, nie starał się ukryć bólu, cierpienia, drżącej ręki. Jednak kiedy mówił, że w jego posługę wpisane jest cierpienie, nie wyobrażałem sobie nawet, że będzie ono aż tak ogromne. Jego świadectwo dawało mi siłę do wykonywania mej codziennej pracy. Aż do ostatniej fotografii podczas Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek. Podczas 14. stacji wziął krzyż i w pewnym momencie wtulił w niego twarz przyciskając do serca. W tym geście było całe jego oddanie Kościołowi, zawierzenie tajemnicy Krzyża. Teraz, kiedy go nie ma, w sercu mam wielki ból po stracie bliskiej osoby, ale jednocześnie radość. Radość, ponieważ widziałem, z jakim spokojem odchodził na swoje ostatnie spotkanie. 

Jak teraz wygląda Pańska praca?
Zmieniły się zwyczaje i godziny pracy. Także Benedykt XVI ma napięty rytm pracy, ale pełni swą posługę inaczej niż Jan Paweł II. Nie ma porannych Mszy św. z udziałem przyjaciół, gości na obiedzie czy kolacji. Więcej czasu spędza w swojej bibliotece, pracując samotnie. 

Był Pan też świadkiem modlitwy Jana Pawła II...
To był człowiek święty. Modlitwa była jego siłą. Widziałem go wielokrotnie leżącego na kamiennej posadzce w kaplicy. Modlił się nieustannie, ale szczególnie, kiedy miał do rozwiązania poważne problemy. Często modlił się na głos. W samotności modlił się po polsku. Z tych kilku słów, których się nauczyłem, mogłem zrozumieć, jak błagał: „Pomóż mi, Panie Boże. Przymnóż mi sił. Wzmocnij moją wiarę”. On (!) prosił o pomoc. Wszystko, co robił, najpierw dokonywało się w jego kaplicy. Kiedy byliśmy za granicą, potrafił modlić się o piątej rano, czy po wszystkim o północy, czy nawet jeszcze później modlił się przed tabernakulum. Pamiętam jego samotną modlitwę przed obrazem Czarnej Madonny. Dla mnie to niezapomniane. A potem wszyscy byliśmy świadkami tego, co dokonywało się dzięki modlitwie.

Czy widział Pan cuda, których dokonywał Bóg poprzez Papieża, jeszcze za jego życia?
Cudem było jego spotkanie z każdym człowiekiem. Każdy miał wrażenie, że Papież do niego mówi, że na niego spojrzał, nawet jeśli były to wielomilionowe tłumy. Pamiętam wstrząsającą modlitwę na Placu św. Piotra. Do Watykanu przywieziono umierającą na raka Angielkę. Ojciec Święty przytulił ją i wysłuchawszy tego, co mu chciała powiedzieć, kilkakrotnie zachęcił: – nie bój się, módl się ze mną. Po audiencji samolot z chorą wrócił do Londynu. Dziś ta kobieta, której godziny życia były policzone, prowadzi Centrum Walki z Rakiem. Nigdy nie zapomnę też przejmującej modlitwy Papieża przy wózku wycieńczonego do granic możliwości chłopca. Ojciec Święty modlił się, klęcząc, może kwadrans, może więcej... Chłopiec wpatrywał się w niego rozpromienionym wzrokiem. W pewnym momencie Jan Paweł II rozpiął sutannę, ściągnął łańcuszek, który miał na szyi, i nałożył go chłopcu, udzielając mu błogosławieństwa. Chłopiec chwycił go za rękę, ucałował ją i szeptem powiedział: dziękuję, do zobaczenia w raju. Wielokrotnie byłem świadkiem wydarzeń, które po ludzku są nie do wytłumaczenia. Tego nie można zapomnieć. 

* sedia gestatoria – lektyka papieska. Coś w rodzaju wysokiego krzesła na drążkach, na którym noszono papieży