Czarna groza

Franciszek Kucharczak

|

MGN 01/2006

publikacja 13.03.2012 12:45

Murzyni przez wieki byli porywani jako niewolnicy, a ich kraje łatwo było podbić. Ale był wyjątek: Zulusi.

U podnóża dziwacznego kamiennego wzgórza Isandlwana żołnierze w czerwonych mundurach rozbijali namioty. Brytyjczycy przyszli tu, żeby zaatakować Zulusów. Błędnie sądzili, że to murzyńskie plemię przygotowuje się do wojny, postanowili więc uprzedzić uderzenie. – Niech tylko te dzikusy tu przyjdą – wycedził generał Chelmsford. – Poczują, co znaczy Brytyjskie Imperium. Generał zlekceważył przeciwnika. Nie otoczył wozami obozu, lecz kazał je ustawić osobno. Nie wysłał nawet obserwatorów na szczyt wzgórza. Noc minęła spokojnie. Brytyjczycy nie wiedzieli, że w pobliskiej dolinie zaczaiło się dwadzieścia tysięcy czarnych wojowników.

Czarna groza   CHARLES FRIPP, BITWA POD ISANDLWANĄ Czarno w oczach
Rankiem generał Chelmsford z większością wojska ruszył na pomoc patrolowi, który popadł w małe tarapaty. W obozie zostało tysiąc ludzi. Dochodziło południe 22 stycznia, gdy do obozu wpadł kawalerzysta. – Tam, tam… mnóstwo… – bełkotał. Chwilę później horyzont zaczernił się tysiącami biegnących sylwetek. Dowódca nie wiedział, jak wielkie jest to „mnóstwo”. Ustawił szyk zbyt daleko od namiotów, przez co kompanie były rozciągnięte tylko w dwuszereg, a między nimi powstały przerwy. Żołnierze brytyjscy jednak, mimo gigantycznej przewagi wroga, stali bez ruchu. Gdy wojownicy znaleźli się w zasięgu strzału karabinowego, pierwszy szereg czerwono ubranych żołnierzy przyklęknął. Dwie linie luf pochyliły się z chrzęstem. Huk, grzmot. Pierwsza salwa, druga salwa, trzecia. Tłum napastników był tak gęsty, że każda kula trafiała. Natarcie załamało się, zanim ktokolwiek zbliżył się do żołnierzy na odległość włóczni. Zulusi byli zszokowani.

Żołnierze z kamienia
Panikę powstrzymali zuluscy dowódcy. – Król nie wysłał nas po to, żebyśmy uciekali! – krzyczeli. Murzyni pokładli się na ziemi, próbując uniknąć gęsto padających kul. I nagle ogień osłabł. Brytyjczykom zaczęło brakować amunicji, bo trzeba ją było nosić z daleka, a w dodatku jeden z kwatermistrzów uparł się, że naboi nie odda bez odpowiedniego dokumentu. Zulusi zorientowali się, że przeciwnik ma kłopoty i z wyciem rzucili się do ataku. Rozległa się ostatnia, nierówna salwa i po chwili Murzyni zderzyli się z nieruchomymi szeregami. Każda kompania została otoczona. Ale i teraz nie było łatwo. Żołnierze na lufy karabinów nasadzili bagnety i zaczęła się walka wręcz. Wokół rosły stosy czarnych ciał. Szyk pękł dopiero, gdy Murzyni zaczęli rzucać na bagnety poległymi towarzyszami. To był koniec. Pewien wojownik po wojnie tak wspominał broniących się przeciwników: „Ach ci czerwoni żołnierze pod Isandlwaną! Niewielu ich było, ale jak walczyli! Padali jak kamienie – każdy na swoim miejscu, żaden się nie cofnął!” Gdy wojsko z generałem dotarło do Isandlwany, okazało się, że w obozie są tylko zwłoki. Zulusi zabili nawet konie, osły i psa jednego z oficerów.

Twierdza z kukurydzy
Ale to nie koniec. W odległości kilku godzin marszu od Isandlwany była brytyjska placówka wojskowa Rorke’s Drift. Miała dwa budynki: magazyn i szpital, w którym leżało akurat 35 rannych żołnierzy. Rano 22 stycznia placówka liczyła pięciuset żołnierzy, ale gdy dotarł kurier z wieścią o katastrofie, Murzyni w służbie brytyjskiej rzucili się do ucieczki. Obawiali się słusznie, że Zulusi wkrótce dotrą i do Rorke’s Drift. Dowódcy, porucznicy Chard i Bromhead zdecydowali jednak o pozostaniu ze względu na pacjentów szpitala. Około szesnastej przybiegli obserwatorzy. – Idą! Czarni jak piekło i gęści jak trawa! – krzyczeli z daleka. Słysząc to, nogi za pas wzięła kolejna kompania z załogi placówki. W Rorke’s Drft zostało tylko 139 obrońców, w tym pacjenci szpitala. Dowódcy nie stracili głowy. Załoga zabrała się za fortyfikowanie obszaru między obydwoma budynkami. W rekordowym tempie powstał mur z worków z ziarnami kukurydzy i skrzyń z biszkoptami. Oficerowie przewidzieli też drugą linię obrony, więc wybudowano przegrodę biegnącą w poprzek placu.

Czarna groza   Ocalić kolegów
Ledwo zbudowano barykadę, nadeszło pięć tysięcy Zulusów. Myśleli, że tu pójdzie im łatwo, mieli przecież przewagę kilkudziesięciu na jednego. Ale czerwony sznur opartych o worki obrońców okazał się nie do zerwania. Kolejne salwy kładły biegnących jak łany zboża. Zulusi też walczyli z szaloną odwagą. Co jakiś czas komuś udawało się dobiec do muru z worków, ale gdy chciał przeskoczyć na drugą stronę, musiał pomóc sobie ręką, a wtedy ginął pchnięty bagnetem. Gorzej działo się od strony szpitala. Ranni, którzy mieli sprawne ręce, strzelali przez wybite w ścianach otwory, ale i tak Zulusi wdarli się do budynku. Porucznik Bromhead poprowadził kontratak. Zażarta walka w budynku ocaliła rannych. Reszta załogi musiała skrócić front, więc obrońcy przenieśli się za drugi rząd worków. Wtedy zaczął się kolejny atak i obrońcy szpitala zostali odcięci. Zulusi podpalili dach. Zdrowi postanowili ocalić rannych kolegów. Każdy pokój był zabarykadowany, więc żołnierze przebili siekierami ścianki działowe i każdego rannego spuścili przez okno. Wszystko to odbywało się w bezustannej walce. Szeregowy Williams zdążył zabić kilkunastu napastników, zanim następni roznieśli go na ostrzach swoich włóczni. Sierżant Horrigan z dwoma ciężko rannymi został po drugiej stronie wybitego w ścianie otworu. Nie zdążył ich wyciągnąć i zginął razem z nimi. Reszta zdołała schronić się za barykadą. Udało się ocalić dziesięciu z dwunastu najciężej rannych.

Krzyże dla żywych
Nastała noc pełna ognia, dymu i krzyków walczących. Obrońcy byli już skrajnie wyczerpani i spragnieni, a beczkowóz z wodą stał na zajętej przez Zulusów części placu. O północy porucznik Chard poprowadził wypad. Murzyni byli całkowicie zaskoczeni, więc zamiar się powiódł. Żołnierze wtoczyli wóz z wodą do swojej „fortecy” i ugasili pragnienie. O drugiej w nocy Zulusi zwątpili w zwycięstwo. Schowani za osłonami, rzucali już tylko włóczniami, ale bez efektu. O czwartej nad ranem odeszli. Przed ósmą do Rorke’s Drift dotarły oddziały generała Chelmsforda, przerażonego, że i tu trzeba będzie tylko pogrzebać zabitych. Jakież było zdziwienie, gdy zza barykady wyszli żołnierze, zmęczeni, ale żywi. Wokół leżało pięciuset zabitych Zulusów. Okazało się, że obrońcy stracili tylko piętnastu zabitych, a dwunastu odniosło ciężkie rany. Jedenastu obrońców Rorke’s Drift odznaczono Krzyżami Wiktorii. Nigdy w historii Imperium Brytyjskiego nie zdarzyło się, żeby aż tak wielu jednocześnie żołnierzy otrzymało tak zaszczytne odznaczenie.

ZULUSI to czarnoskóry lud zamieszkujący wschodnią część RPA i Lesotho. Półtora wieku temu stworzyli silne państwo. Nie było w Afryce plemienia, które miałoby równie wielką i sprawną armię. Każdy zuluski mężczyzna od najwcześniejszych lat był wychowywany na wojownika, a ożenić się mógł dopiero, gdy dowiódł swojego męstwa w walce. Wojownicy biegali długimi skokami, dzięki czemu oddziały Zulusów potrafiły poruszać się w trudnym terenie szybciej niż kawaleria. Dowódcy znali się na sposobach prowadzenia wojny, umieli stosować zasadzki i atakować z ukrycia. Na uzbrojenie wojownika składała się tarcza obciągnięta krowią skórą, maczuga, kilka włóczni do rzucania i jedna o długim ostrzu do walki wręcz. Niektórzy wojownicy mieli zdobyczną broń palną, ale posługiwali się nią słabo. Wśród afrykańskich sąsiadów Zulusi budzili paniczny strach, bo prawie nigdy nie przegrywali. Klęskę zadali im dopiero Brytyjczycy w 1879 roku. Zulusi drogo sprzedali swoją wolność, sami jednak stracili dziesiątki tysięcy wojowników.