Na dopingu

MGN 07-08/2008

publikacja 06.03.2012 23:45

Sądy z sondy

George Weigel na dopingu

George Weigel   George Weigel
fot. ROMAN KOSZOWSKI
W Ameryce znają go prawie wszyscy. Występuje w telewizji, pisze w największych amerykańskich gazetach. Jest autorem najlepszej książki o Janie Pawle II pod tytułem „Świadek nadziei”. To grubaśna, kilkusetstronicowa księga. Papież przeczytał ją trzy razy, raz po angielsku, a dwa razy po polsku. Kiedy krótko po wręczeniu książki Papieżowi autor spotkał się z nim ponownie, Jan Paweł II zaraz przy powitaniu zażartował: – Właśnie zostałem papieżem! – Jak to? – zapytał Weigel. – Czytam twoją książkę – odpowiedział Jan Paweł II – i właśnie jestem w tym miejscu, kiedy wybierają mnie na papieża.

George Weigel zawsze broni wiary, Kościoła, Chrystusa. Często spadają za to na niego gromy. Skąd bierze odwagę? – Wzrastałem w bardzo katolickiej rodzinie – odpowiada – w której zawsze ważne miejsce zajmowała wiara. Msza, modlitwa, szkoła katolicka, to wszystko składało się na normalny rytm naszego życia. Mama uczyła nas modlitwy.


Dobrze pamiętam, że już jako mały chłopak chodziłem co niedzielę wcześnie rano na Mszę. Dzisiaj, mimo że podróżuje po całym świecie, nie zapomina o Mszy św. Kiedy ostatnio przez kilka dni był w Katowicach, w kościele na Mszy św. można go było zobaczyć nie tylko w niedzielę, ale także w piątek, sobotę i poniedziałek. – Nasza rodzina – mówi dalej – miała właściwie inny kalendarz. Nasze życie toczyło się innym rytmem. Na przykład w piątki nie piło się u nas nigdy alkoholu.

A Wielki Post przeżywaliśmy ostrzej niż inne rodziny. To wszystko nas wyróżniało. Ale jednocześnie nie czułem się przez to dziwakiem. Rodzice bardzo mnie dopingowali, zwłaszcza do nauki w szkole, do czytania książek. Ojciec był uczciwym człowiekiem, biznesmenem, który żył w zgodzie ze sobą i innymi ludźmi. Zmarł 3,5 roku temu. Moja mama żyje jeszcze, ma 94 lata. Zawsze była bardzo miła i uprzejma. Te cechy stały się i mnie bliskie. Moi rodzice mieli oczywiście wpływ na to, jak ja potem wychowywałem swoje dzieci. Myślę, że starałem się tak jak oni kochać i mieć czas dla dzieci.

Magda Frączek na dopingu

Magda Frączek   Magda Frączek
fot. HENRYK PRZONDZIONO
Jest tegoroczną maturzystką. Ma 19 lat. Marzy o studiach, może nawet na dówch kierunkach: polonistyce i jazzie. Od dwóch lat śpiewa i tworzy piosenki w zespole „Love story”. Siedmioosobowy zespół śpiewa o czystej miłości, czyli o tym, co dotyczy każdego człowieka, a młodych szczególnie. O miłości trudnej, a nawet obcej dzisiejszemu światu. Kiedy zespół „Love story” przyjeżdża na koncerty zdarza się, że ludzie dziwią się albo są w szoku, że jest młodzież, która głośno i odważnie potrafi śpiewać o czystej miłości, ale zwykle dobrze ich przyjmują..

Jeden koncert był inny. Magda wyraźnie to czuła, a nawet widziała, że ludzie uśmiechają się ironicznie a nawet wybuchają głośnym śmiechem. – Najpierw mnie to trochę rozbiło – opowiada – ale potem zaczęłam prosić Ducha Świętego, żeby coś zrobił, bo nie mogę tak grać, że to strasznie trudne. I jakoś tak po chwili przyszły mi do głowy słowa Jezusa: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni jesteście gdy prześladują was z Mego powodu...”. To było jak światło.

Jakby ktoś wyraźnie mi powiedział: „Słuchaj, Magda, przecież ty śpiewasz o Jezusie i nikt nie obiecał, że będzie ci łatwo”. Wierzę, że kiedy ktoś tak reaguje, że wchodzi w rozmowę, że się buntuje, to te wartości nie są mu całkiem obojętne. Może Duch Święty przez nasze piosenki dotyka czegoś, co jest dla niego problemem. Magda jest przekonana, że słowa nie wystarczą, że piosenki trzeba potwierdzać życiem, swoim postępowaniem.

– Dla mnie to też próba, wyzwanie, czy rzeczywiście da się żyć tak, jak śpiewamy – przyznaje. – To jak wyższa szkoła jazdy. Mogę powiedzieć, że zdałam egzamin dojrzałości, ale wiem, że najważniejszy egzamin, to co najtrudniejsze, jeszcze przede mną. Oczywiście to wcale mnie nie dobija – śmieje się Magda. – Wiem, że to będzie trudne, ale też jest piękne. I bez Jezusa się nie da...

Profesor Bogdan Chazan na dopingu

Profesor Bogdan Chazan   Profesor Bogdan Chazan
fot. TOMASZ GOŁĄB
Jest dyrektorem szpitala Świętej Rodziny w Warszawie. Szpitala, w którym codziennie przychodzi na świat 13, 14 dzieci. – Jednego dnia rodzi się tu niemal cała klasa – mówi profesor Chazan. – Różnej płci, ciekawi tego, co zobaczyli po opuszczeniu ciała mamy, na ogół zdrowi, natychmiast chętnie zabierają się do jedzenia. Cieszę się, że pracuję w miejscu, gdzie po dziewięciu miesiącach rodzice po raz pierwszy spotykają się ze swoim dzieckiem.  Dla profesora Chazana nie ma wątpliwości, że życie ludzkie zaczyna się w chwili poczęcia, czyli dziewięć miesięcy przed urodzeniem. – Życia trzeba bronić – podkreśla pan profesor – trzeba wyraźnie, według biblijnej zasady, określić swoją postawę: „Tak, tak. Nie, nie”.

– Przyznam, nie było to proste – mówi dalej. – Ale wspierały mnie kobiety, moje pacjentki. One upewniały mnie, że to co robię, to jak myślę, jest słuszne. Kilka lat temu, kiedy profesor pracował w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie, nie zgodził się na zabicie nienarodzonego dziecka z zespołem Downa. Za jakiś czas o to samo poprosiła inna kobieta, która nosiła dziecko z wadami wskazującymi na to, że dziecko umrze zaraz po urodzeniu. – Chciałem, by ta kobieta mogła swoje dziecko urodzić i potem je pożegnać – wspomina profesor. – Wydawało mi się, że to ważne dla niej, dla jej męża. No i za to wszystko zostałem ostatecznie usunięty z Instytutu. – Nie chcę robić z siebie bohatera – mówi – bo nikt mnie nie prześladował, choć przyznam, że było to dla mnie trudne i przykre. Mam tylko nadzieję, że mój przykład wzmocnił młodych lekarzy. – Skąd biorę siły?

– Z jednej strony to poczucie obowiązku. Takim motorem jest też to, że jest się potrzebnym, że kiedyś będzie dobrze wspominanym. Teraz tak sobie myślę, że można również wzmacniać siebie grzejąc się przy szczęściu innych. Bardzo ważna jest też świadomość, że bez woli Boga nic się nie dzieje, że życie jest dane przez Niego, a my tylko służymy życiu. Jesteśmy od tego, żeby życiu pomagać.

Broń Boże go odbierać. Bardzo ważna jest świadomość, że możemy podziwiać cud życia bez końca. Rodzicom zdarza się to raz, dwa, trzy, pięć razy w życiu. Ja spotykam się z tym wiele razy w ciągu dnia i zawsze ogarnia nas zdumienie na widok tego cudu. Widać w tym rękę Boga.