Ratujmy się sami

Franciszek Kucharczak

|

MGN 01/2009

publikacja 15.02.2012 20:30

Wszyscy zdrowi? – zapytał dowódca wyprawy. – Tak – odpowiedzieli rozbitkowie. – Powiedział pan, że po nas wróci. A my w pana wierzyliśmy.

Ratujmy się sami Statek „Endurance” tonie, zmiażdżony napierającą krą lodową fot. CORBIS

Frank Worsley przewracał się z boku na bok. „Śniło mi się, że ulica Burlington była pełna lodowych gór, a ja płynąłem po niej statkiem” – wspominał później. Nazajutrz poszedł na tę ulicę. Na jednym z domów ujrzał napis: „Królewska Wyprawa Transantarktyczna”. Okazało się, że znany podróżnik sir Ernest Shackleton chce przemierzyć Antarktydę od krańca do krańca. Worsley nie namyślał się długo. Przyłączył się do ekspedycji i został kapitanem wiozącego ją statku „Endurance”. „Kiedy ujrzałem Shackletona, wiedziałem już, że będę dumny, mogąc z nim podróżować” – zapisał.

TONIE NADZIEJA
Była jesień 1915 roku. Załoga bezsilnie patrzyła, jak „Endurance” z trzaskiem przełamuje się na pół i rozpada na kawałki. Statek, uwięziony od miesięcy w lodzie, został zmiażdżony przez napierające kry. Los polarników stał się tragiczny. Tkwili półtora tysiąca kilometrów od najbliższych ludzkich siedzib, z kilkoma szalupami i z wyniesionymi ze statku zapasami żywności. Na szczęście szef wyprawy, Ernest Shackleton, nigdy nie tracił opanowania. – Nikt nie przyjdzie nam na ratunek. Musimy ratować się sami – powiedział otwarcie. Postanowił dotrzeć do najbliższego składu sprzętu i żywności. Rozbitkowie musieli przeciągnąć po lodzie ocalone łodzie, wyładowane najpotrzebniejszymi rzeczami. 

Shackleton pozwolił każdemu zabrać tylko kilogram osobistych rzeczy. Do tego śpiwór, kubek, łyżka, nóż. Kazał jednak zachować banjo. Wiedział, jak ważny jest śpiew z instrumentem. Ludziom zawsze poprawiało to humor. Trzeba było zastrzelić psy, żeby nie zużywały zapasów. Nie wiadomo, co wtedy myślał młody Kanadyjczyk Percy Blackborow. Gdy po wyruszeniu załoga odkryła, że ma pasażera na gapę, Shackleton powiedział mu: „Jeśli będziemy musieli kogoś zjeść, ty będziesz pierwszy”. Na razie jednak nie było tak źle. Po świętach Bożego Narodzenia 28 rozbitków ruszyło w drogę. Droga jednak okazała się fatalna. Po pięciu dniach mordęgi udało się pokonać tylko kilkanaście kilometrów spiętrzonej kry. Shackleton postanowił więc rozbić obóz na krze i dryfować z nią na północ. Któregoś dnia członek załogi zobaczył olbrzymią fokę. Zaczął machać rękami, jakby był pingwinem. Zwierzę dało się zwabić, dzięki czemu rozbitkowie zdobyli górę mięsa do jedzenia i tłuszcz jako opał.

WYSPA SŁONIOWA
Po trzech miesiącach dryfowania oczom polarników ukazał się ocean. Rozbitkowie spuścili na wodę łodzie i skierowali się ku najbliższemu lądowi, Wyspie Słoniowej. Po tygodniu dotarli do celu. Na tym skalistym lądzie żyło wiele ptaków i słoni morskich, można więc było dzięki ich mięsu jakoś przeżyć. Nie było tam drzew, więc polarnicy zbudowali „dom” z dwóch nałożonych na siebie łodzi i zaimprowizowanego pieca z kominem. Trzeciej, siedmiometrowej szalupie, Shackleton przeznaczył najtrudniejsze zadanie – miała pokonać ponad 1100 kilometrów do najbliższej zamieszkanej wyspy Georgia Południowa. Miało nią popłynąć sześć osób – sam Shackleton i ci, których wskaże. Dowódca wyprawy wybrał najlepszych żeglarzy i takich, z którymi było najwięcej problemów. Ci pierwsi byli w łodzi po to, żeby wyprawa się udała, a ci drudzy, żeby nie było ich z resztą załogi. Shackleton nie chciał, żeby ich narzekanie źle wpływało na pozostałych. 

STRACEŃCY W ŁUPINIE
Śmiałkowie, żegnani okrzykami kolegów, ruszyli na małej łupinie przez burzliwy ocean. Niespełna trzy tygodnie trwała ich straszliwa tułaczka. Kilka razy zdawało się, że fale zatopią łódź. Słona woda zanieczyściła jedną z beczek słodkiej, wskutek czego żeglarze cierpieli wielkie pragnienie. Jeden z nich opadł z sił i leżał bezwładnie na dnie łodzi. Byli wycieńczeni do granic możliwości, gdy ujrzeli Georgię Południową. Niestety, u brzegów wyspy nadeszła wichura i wzburzone morze zniosło łódź na drugą stronę wyspy. Rozpadającą się szalupą nie dało się już dalej płynąć, więc żeby dotrzeć do ludzi, trzeba było jeszcze przejść przez ośnieżone góry. Trójka najsłabszych została na miejscu. Dowódca ruszył z dwoma pozostałymi, zaopatrzony tylko w 15 metrów liny i siekierę. Dwa dni trwała mordercza i niebezpieczna wspinaczka. 20 maja 1916 roku trzej mężczyźni usłyszeli gwizd syreny fabrycznej w stacji wielorybniczej Stromness. To był najpiękniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszeli. Byli ocaleni.

POWRÓT NA ZAWSZE
Trzej towarzysze zostali zabrani z drugiej strony wyspy następnego dnia. Wyprawa ratunkowa na Wyspę Słoniową z powodu fatalnej pogody zajęła więcej czasu. Trzykrotne próby kończyły się niepowodzeniem. W końcu otwarło się przejście lodowe i gdy statek dopłynął do rozbitków, okazało się, że wszyscy żyją. Sam Shackleton nie zraził się do Antarktydy. Kilka lat później wyruszył ku biegunowi na statku wielorybniczym, żeby opłynąć kontynent dookoła. 4 stycznia 1922 roku zatrzymał się na krótko na Georgii Południowej. Nazajutrz, 5 stycznia, dostał ataku serca i zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały podobno: „Wciąż żądasz ode mnie, żebym z czegoś rezygnował, z czego mam zrezygnować teraz?”. Chwilę potem wiedział już, że tym razem z niczego już nie musi rezygnować. Zaczął się czas zbierania owoców wyrzeczeń. Został pochowany tam, gdzie zmarł – na Georgii Południowej, wyspie ocalenia. Tamtejsi wielorybnicy ukuli powiedzenie: „Gdy znajdziesz się w sytuacji bez wyjścia, klęknij  i módl się o Shackletona”

Ratujmy się sami   Ernest Shackleton (1874–1922) fot. CORBIS Ernest Shackleton (1874–1922)
Irlandzki podróżnik i badacz Antarktydy. Gdy Amundsen zdobył biegun, Shackleton postanowił zorganizować wyprawę, która przemierzy Antarktydę od krańca do krańca.

Miał niezwykłą zdolność trafnego dobierania ludzi. Dzięki temu zebrał grupę 26 znakomitych fachowców o mocnych charakterach.

Nigdy nie dał poznać po sobie zniechęcenia i w najtrudniejszych warunkach podtrzymywał ducha załogi.

Gdy wyprawa z lat 1914–1916 utknęła w lodach, Shackleton zdołał wyprowadzić swoich ludzi z opresji całych i zdrowych.

W 1921 roku wyruszył na statku wielorybniczym, by opłynąć Antarktydę.

W styczniu 1922 roku zmarł w czasie postoju na wyspie Georgia Południowa w wieku 47 lat