Prezent za prezentem

Weronika Gurdek

|

MGN 01/2009

publikacja 15.02.2012 15:29

Kiedy urodziło się ósme dziecko, w domu było już za ciasno na kolejne łóżko. – Panie Boże, co teraz będzie? – modlili się rodzice. W odpowiedzi dostali nowy dom.

Prezent za prezentem Rodzina Kubisiów przed domem. Stoją od lewej: Tata Sebastian z Antosiem, mama Kasia z Jasiem (i Łucją – tutaj jeszcze pod sercem!), Zuzia z Jerzykiem, Emilka, Franek, Staś, Marianna, Wiktoria, Krysia i Magda fot. Roman Koszowski

Rodzina Kubisów liczy czternaście osób. Rodzice: Kasia i Sebastian plus dzieci: Zuzia, Emilia, Franek, Staś, Marianna, Wiktoria, Krysia, Magda, Antoś, Jerzyk, Jaś i Łucja. – Mój mąż zawsze chciał mieć siedem córek – śmieje się mama Kasia.

DOM OD PANA BOGA
Mieszkają w centrum Krakowa, z okna widać Wawel. Za domem jest nawet mały ogródek. – W zeszłym roku wyremontowaliśmy poddasze. Teraz dzieci mają więcej miejsca – cieszy się Sebastian. Piętrowy domek to prezent od pewnego profesora. Albo raczej... Pana Boga. – Kiedy miała się urodzić Magda, nasze ósme dziecko, nie było już miejsca na kolejne łóżko – wspomina Sebastian. – Mieszkaliśmy w kamienicy, w trzypokojowym mieszkaniu. Zapytałem wtedy Boga: „Co teraz będzie?”. Trzy dni po urodzeniu Magdy spotkałem człowieka, który dał nam ten dom – śmieje się. Przed wojną mieszkał tam wójt Zakrzówka z rodziną. Miał dziesięcioro dzieci! Natomiast żona poprzedniego właściciela prosiła, żeby tego domu nie sprzedawać, tylko przeznaczyć na dobry cel. Przypadek? – Nie, raczej zaufanie. Nie myślę nigdy: „Co by było, gdyby...”. To rodzi lęk – mówi Sebastian. – Popatrz na historie biblijne: Abraham, Mojżesz, Izraelici w morzu... Ci ludzie wchodzili w takie sytuacje... Oczywiście zaufanie do Pana Boga nie oznacza wcale, że człowiek się nie boi, czasem nawet jest przerażony. Pokój nieraz przychodzi dopiero z czasem.

DWA ZWYCIĘSTWA
Kiedy Marianna, piąte dziecko Kubisów, miała pięć miesięcy, mama Kasia miała wylew do mózgu. – Przeszłam skomplikowaną operację – opowiada. – Lekarze odradzali kolejne dziecko. Cztery miesiące później zaszłam w ciążę. I to właśnie ciąża postawiła mnie na nogi po operacji. Po chorobie Kasia miała porażony nerw okoruchowy. Lekarze nie potrafili postawić diagnozy. Większość twierdziła, że najlepiej usunąć dziecko i zacząć leczenie oka. – Przecież Pan Bóg nie stawia człowieka przed takimi wyborami: oko albo życie dziecka – mówi stanowczo Sebastian. – I pojechaliśmy do Wenecji, do specjalistycznej kliniki. Pomogli nam bracia ze wspólnoty, do której należymy. Leczenie okazało się banalnie proste. – Oko było zdrowe po trzech dniach – dodaje Kasia. – A potem urodziła się Wiktoria. To było nasze podwójne zwycięstwo.

TUZINY BUŁEK
Na śniadanie Kasia kupuje dwa tuziny bułek. – Tyle wystarcza – śmieje się. W ciągu dnia dziećmi Kubisów zajmuje się opiekunka. Dzięki temu rodzice mogą pracować. Kasia pracuje w domu – jest tłumaczem przysięgłym języka włoskiego. Sebastian w Polskiej Akademii Nauk, jako astrofizyk. – Obserwuję gwiazdy neutronowe. Nasłuchuję fal radiowych i rentgenowskich, jakie one wysyłają w stronę Ziemi – wyjaśnia Sebastian. Jak dzieli pracę z obowiązkami w tak licznej rodzinie? – Kiedyś pojechałem na stypendium naukowe – opowiada. – Byłem sam przez dwa miesiące i pamiętam, że nic z mojej pracy naukowej nie wynikało. W końcu przyjechała do mnie Kasia z ósemką naszych dzieci i dopiero wtedy praca zaczęła posuwać się naprzód – śmieje się. – Po czterech miesiącach miałem gotową publikację.

MAŁE PRZEDSZKOLE
W niedzielne przedpołudnia cała rodzina zbiera się na modlitwę, zwaną laudesami. – To bardzo radosna modlitwa – tłumaczą rodzice. – Siedzimy przy stole, czytamy lub śpiewamy psalmy i inne pieśni. Na koniec czytamy Słowo Boże i wyjaśniamy je dzieciom. Dzieci zawsze chcą uczestniczyć w modlitwie? – pytam. – U nas nie ma „chcą” czy „nie chcą”. „Chcenie” nie jest najważniejsze. Zresztą dzieci częściej buntują się, gdy nie ma wspólnej modlitwy – mówi Kasia. – Pewnego razu, gdy pokłóciliśmy się z żoną i rano nie było laudesów, dzieci przyszły z pytaniem: „Dlaczego?”. I po południu musieliśmy zorganizować modlitwę – śmieje się Sebastian. – To teraz ustawiamy się do zdjęcia – fotoreporter „Gościa” próbuje ogarnąć całą gromadę. – W kolejności, od największego do najmniejszego. Nic z tego. Maluchy nieustannie rozchodzą się we wszystkie strony. Wszystko jest ważne, tylko nie zdjęcie. Pewnie gdyby nie obietnica, że po spotkaniu z nami dzieci razem z tatą pojadą po film na niedzielne popołudnie, nic by z tego nie wyszło. – To w naszej rodzinie normalne – śmieje się Sebastian. – Często przychodzą do nas jeszcze dzieci z sąsiedztwa. Mamy takie małe przedszkole. A my jesteśmy szczęśliwi.