Moje 500 dźwięków

Piotr Sacha

|

MGN 12/2011

dodane 19.01.2012 07:00

Jego dziadek grał na liściu, a tata zabierał akordeon na wesela. On uczy studentów Akademii Muzycznej w Katowicach, koncertuje na całym świecie i nagrywa kolejne płyty.

Marcin Wyrostek Marcin Wyrostek
Akordeonista
Roman Koszowski/GN

Gdy Marcin Wyrostek dostał od taty pierwszy akordeon, chodził do przedszkola. Instrument był lekki i niewielki, ale miał 40 guzików z lewej i 40 guzików z prawej strony. Dla pięciolatka to spore wyzwanie. Po 25 latach Marcin dał swojemu tacie całkiem nowy akordeon.

Akordeon za krowę
– Wszystko zaczęło się od tego, że dziadek sprzedał krowę. Kupił za to swojemu synowi, a mojemu tacie akordeon – wspomina Marcin Wyrostek. – Dziś ten akordeon może mieć z 60 lat. Dziadek Marcina umiał grać na liściu i na grzebieniu. Jego tata grał na akordeonie na zabawach i weselach. – Pamiętam z dzieciństwa rodzinne biesiady – opowiada akordeonista. – Wszyscy, ciocie, wujkowie i kuzyni, zjeżdżali do dziadków. Prawie 40 osób. Pamiętam głośne śpiewy i tańce – wspomina. – Szkoda, że dziś takich spotkań jest mniej – dodaje.
Pierwszy raz 5-letni Marcin wystąpił w przedszkolu. Później oprócz zwykłej szkoły, Marcin zaczął chodzić do szkoły muzycznej. – Najpierw miałem mały akordeon – opowiada muzyk. – Potem coraz większy. Grałem trzy godziny dziennie, zaraz po lekcjach. A dopiero, gdy odrobiłem zadania domowe, mogłem pobiec na podwórko. Teraz ma trzy akordeony. Wśród nich jeden, o którym marzył od lat. Kupił go dzięki nagrodzie z programu Mam Talent. – Czwarty akordeon jest już w drodze – zdradza. – Skonstruowano go specjalnie dla mnie – dodaje. Każdy akordeon Marcina może wydobyć około 500 dźwięków.

To żaden obciach
Ciągle jeszcze akordeon kojarzy się bardziej z kapelą ludową, ogniskiem, metrem czy imieninami u cioci niż z salą koncertową. – To jeszcze młody instrument, powstał niespełna 200 lat temu – mówi Marcin Wyrostek. – I wciąż się rozwija – dodaje. – Jest bardzo wszechstronny. Bo można zagrać na nim i Bacha, i Chopina, ale też jazz czy rock – dodaje muzyk. W szkole krępowały go trochę występy. – Wydawało mi się, że koledzy myślą, że akordeon to jednak obciach – śmieje się. – Po studiach spotkałem kiedyś znajomego, który zapytał, czym się zajmuję. Powiedziałem, że gram na akordeonie. A on na to: „No dobra, mój dziadek też. Ale co robisz naprawdę?”. Podobno po występie Marcina Wyrostka w programie telewizyjnym więcej dzieci niż dotąd zapisuje się w szkołach muzycznych na akordeon. – Bardzo się cieszę – uśmiecha się zwycięzca drugiej edycji Mam Talent.

Nuty na fiacie
Jako nastolatek często ćwiczył w nocy w… garażu. – Nie chciałem nikogo obudzić – tłumaczy. Nuty kładł na masce samochodu i grał. Wieczory w garażu spędzał Marcin nie tylko z powodu akordeonu. – Gdy miałem 18 lat, dostałem w prezencie 24-letniego fiata 126p. Wszystko w tym maluchu się psuło – śmieje się. – Sam przy nim dłubałem. Rozbierałem skrzynię biegów na części pierwsze. Naprawiałem turbinę, alternator czy jeszcze jakieś elementy zawieszenia – wspomina. – A sąsiad miał poloneza – mówi dalej. – Ślęczeliśmy nad nim z kolegą długie godziny. Ręce zawsze miałem brudne od różnych smarów – opowiada. Akordeon też potrafi rozebrać. – Ale nie wszystko mogę naprawić w instrumencie.

To trzyma Bóg
Nauka gry nigdy się nie kończy. Nawet taki wirtuoz jak Marcin Wyrostek, ćwiczy codziennie. Właśnie ukazał się jego kolejny album. Tym razem akordeonista wykonuje z kwartetem Coloriage muzykę z różnych stron świata. – Muzyka zawsze jest ze mną – mówi. – Nagrywanie płyty, koncerty, zajęcia na uczelni. – Dużo tego ostatnio – przyznaje i już zerka na swój telefon. A tam 12 nieodebranych połączeń. – Na szczęście Bóg trzyma moje życie w całości. Wiara jest mi bardzo potrzebna, żeby wiedzieć, jakie podjąć decyzje – mówi Marcin Wyrostek. – By nie zapominać o tym, co jest najważniejsze – o rodzinie, miłości bliźniego i docenianiu wszystkich dobrych chwil. I opierać się na tym, co w Biblii dostaliśmy od Pana Boga – kończy muzyk.