nasze media Najnowszy numer MGN 10/2018

Piotr Sacha

|

MGN 11/2016

dodane 20.11.2017 12:58

Szczęśliwa siódemka

Po paru piruetach na lodzie ruszają na Mszę do kościoła. Później w domu rozrasta się wielka budowla z klocków lego… W niedzielę nuda nie istnieje.

Kiedy rodziła się Helenka, ja siedziałam na lekcji polskiego – przypomina sobie 11-letnia Józefina. – A ja na historii – dorzuca 9-letnia Antonina. – A ja… kupowałam sałatkę owocową w sklepiku – śmieje się 7-letnia Florentyna. 6-letnia Marcelina chodzi jeszcze do przedszkola. I nie może się doczekać, kiedy nauczy miesięczną siostrzyczkę jeździć na łyżwach.

Tato, załóż łyżwy

„Dom to tam, gdzie choćby pod gołym niebem ludzie są razem” – słowa z obrazka w domu państwa Oroczów dobrze sprawdzają się na… ślizgawce. – Pamiętacie czwarte urodziny Marcysi? – zaczyna łyżwiarski temat Tosia. – Był lipiec… Dostała wymarzone łyżwy! I mogła trenować z nami – dodaje. Józia z Tosią ćwiczą jazdę figurową w tyskim Pionierze od czterech lat. Florka od trzech, a Marc ysia od dwóch. I potrafią wykonać sporo skoków z pojedynczym obrotem. – Salchow, rittberger, axel, toe-loop, flip, lutz… – starsze siostry wymieniają kolejne rodzaje skoków. – Tata zawoził nas na lodowisko, a później… stał i marznął. Namówiłam go, żeby wreszcie założył łyżwy – uśmiecha się Antosia. – Byłem jedynym dorosłym w grupie czterolatków – śmieje się pan Marcin Orocz. – Na początku często się przewracałem – przypomina sobie. – Tato, to było bardzo zabawne – córki wybuchają śmiechem. – Dzisiaj świetnie jeździsz – chwali męża pani Monika. – Salchowa skaczę jak Antosia… – mówi poważnie pan Marcin. – Nieprawda! Ja skaczę o centymetr wyżej – uśmiecha się 9-latka.

Niedziela w komplecie

Za przykładem pana Marcina na lodową taflę weszli inni rodzice. Teraz spora grupa dorosłych raz w roku przygotowuje dla swoich dzieci specjalny pokaz jazdy figurowej. – Oprócz treningów w szkółce łyżwiarskiej mamy rodzinne eskapady ślizgawkowe – opowiadają siostry. – Pięć i pół godziny na lodzie jednego dnia… To nasz rekord – przypomina sobie ich tata. W niedzielę wcześnie rano łyżwy lądują w bagażniku samochodu. Gazu na lodowisko! W domu zostają tylko pani Monika i miesięczna Helenka. Resztę dnia rodzina spędza w komplecie. Najpierw wspólna Msza, a potem wizyta u dziadków. – Zabieramy ze sobą „Małego Gościa”, żeby pośmiać się razem z żartów na ostatniej stronie – mówi Józefina. – Ostatnio po treningu odwiedziliśmy ciocię. Świętowaliśmy jej urodziny i jeszcze odpust w parafii – wspomina Florka, która w grudniu – tak jak Antosia – otrzyma medalik z niebieską wstążką. Dołączy wtedy do Dzieci Maryi. Tak jak kiedyś dołączyły ich starsza siostra i mama. Tata przez 11 lat był animatorem ministrantów. – Czasem jeszcze służę – zaznacza.

Pies, koty i pająki

Kiedy tylko mała Helenka zaczyna płakać, jest przy niej któraś z sióstr. A czasem są też Karmel i Mioki. – To nasze koty – przedstawia je Józia. – Za niedługo dołączy do nas berneński pies pasterski, marzenie mamy – dodaje. – Takie psy są bardzo przyjacielskie – wtrąca Antosia. – Ja i Florka jesteśmy jak pająki – zmienia temat Józefina. – Ścigamy się na ściance wspinaczkowej, która szybciej na górze! – wyjaśnia. – Na drzewach też sobie dobrze radzimy. Józia bije rekordy w pokonywaniu tras w parkach linowych. A Florka świetnie nurkuje pod wodą. W pieszych wyprawach specjalizuje się cała rodzina. – Na wakacjach punktem obowiązkowym była lodziarnia. Tylko trzeba było do niej dojść plażą... Tam i z powrotem jakieś 10 kilometrów – wspomina pani Monika. – Po górach chodzimy jeszcze od czasów narzeczeństwa – mówią rodzice piątki córek. – Ostatnio wędrowaliśmy po Karkonoszach w 10. rocznicę ślubu.

Odjazd na rolkach

Tosia prezentuje swój „paszport odjechanego pielgrzyma”. To kolekcja pieczątek zdobytych za udział w specjalnych przejazdach rolkowych. Bo również na rolkach siostry jeżdżą razem z tatą. – Kilka razy w miesiącu startujemy w nightskatingu, czyli takim nocnym przejeździe na rolkach przez miasto – opowiada Tosia. – Ja, Józia i tata braliśmy jeszcze udział w pielgrzymce na rolkach do Rud Raciborskich. To aż 55 kilometrów – dodaje. – Tosia jeździ jak Justyna Kowalczyk. Wyprzedza innych pod górkę – uśmiecha się pan Marcin. – Chciałyśmy w lipcu pojechać na rolkach na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa… Tata pojechał sam – mówią dziewczyny. Pan Marcin tłumaczy, że to było trudne wyzwanie. 121 kilometrów na rolkach. – Do tego mocno lało – wspomina tamtą pielgrzymkę. – Dotarłem do Krakowa dzięki Tosi... Choć nie było jej przy mnie – mówi nieco tajemniczo. – Po siedemdziesiątym kilometrze, przed kolejnym stromym podjazdem miałem dosyć – opowiada. – Przypomniałem sobie pewien wyczyn Tosi. Kiedyś upadła na rolkach, mocno się obijając. Wszyscy zaczęli ją wyprzedzać… Szybko się wtedy pozbierała i ruszyła w pościgu. Właśnie to wspomnienie dodało mi sił na trasie do Krakowa – kończy pan Marcin. – Układamy lego? – kiedy głośno pada propozycja, rodzeństwo w komplecie bierze się do roboty. A w pokoju obok czeka już duża paczka puzzli. W sumie trzeba będzie poskładać z rodzicami aż trzy tysiące elementów. W rodzinie siła.

« 1 »
oceń artykuł

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    Slotkakotka
    ostatnia aktywność: 06.03.2018
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 3
    AnnaŻ
    ostatnia aktywność: 03.05.2018
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 4
    KociaAnia
    ostatnia aktywność: 24.05.2018
    łączna liczba komentarzy: 26
  • 5
    Mosiosława
    ostatnia aktywność: 26.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 10